Każdego wieczoru w niemal każdej restauracji rozgrywa się ten sam klasyczny scenariusz. Przy stoliku siada gość, wnikliwie studiuje menu i... zaczyna się przesłuchanie:
- „A ten sos jest na bazie śmietanki czy mleka? Bo ja mam laktozę”.
- „A krewetki są tygrysie czy te małe?”.
- „Ojej, a można tę sałatkę, ale bez cebuli, bez pomidora i sos osobno?”.
Kelner uśmiecha się szeroko, ale w jego głowie uruchamia się właśnie skomplikowany proces myślowy. Próbuje przypomnieć sobie dokładny skład sosu, gorączkowo analizuje, czy ukryte w deserze orzeszki ziemne nie zaszkodzą gościowi, i ma nadzieję, że szef kuchni nie rzuci w niego patelnią za sto czterdziestą pierwszą modyfikację dania tego wieczoru.
W rezultacie kelner biegnie do kuchni wyjaśniać szczegóły, gość czeka, jedzenie stygnie, czas ucieka.
A jak mogłoby być prościej?
Wyobraź sobie sytuację: gość po prostu nakierowuje telefon na stolik i widzi wszystko sam. I to nie suchy tekst, ale interaktywną ściągawkę: tu ptaszek „bez glutenu”, tu skład sosu co do joty, a tu wielki przycisk „usuń cebulę”. Kelner w tym czasie spokojnie niesie zimne piwo do sąsiedniego stolika, kuchnia dostaje jasny, bezbłędny bon, a gość jest spokojny o swoje zdrowie.
W końcu technologie wymyślono nie po to, by zastąpić ludzi. Stworzono je po to, by kelnerzy i goście mogli wreszcie rozmawiać o rzeczach przyjemnych, zamiast bawić się w detektywów szukających kolendry w zupie.
A jakie były najdziwniejsze lub najbardziej zabawne pytania o skład dań, jakie usłyszała Wasza ekipa? Opowiedzcie nam — pośmiejmy się razem!